Pierwszy dzień: zaczęło się! Wyjazd o 4.00 rano, bez snu… Kilka godzin lotu… Na miejscu, przy wyjściu z lotniska w Bangkoku uderzyła nas ściana gorąca i wilgoci. Musieliśmy dostać się na drugie lotnisko, bardziej lokalne.

Pierwsza niespodzianka – ruch lewostronny, w dodatku jak to przystało na kraje bardziej tropikalne – wszechobecny chaos na drodze. Karetka na sygnale stojąca w korku, której nikt nie przepuszcza, a wręcz wszyscy wyprzedzają to tylko jeden z wielu przykładów. Mia- łem często wrażenie, że pasy ruchu spełniały jedynie funkcję estetyczną, bo nikt jakoś specjalnie się nimi nie przejmował. Na lotnisku Don Mueng stosunek miejscowych do obcokrajowców już zgoła odwrotny niż na głównym lotnisku, to głównie loty krajowe. Angielski, jak się okazało, nie jest koronnym językiem Tajów. W Chiang Mai wspólne wyjście na stare miasto. Szybka, empiryczna nauka przechodzenia przez pasy i udało się sprawnie poruszać. Miasteczko klimatyczne, chociaż widać – dość mocne nastawienie na turystów. Spotkaliśmy się też w mieście z przewodnikiem z naszego trekkingu, który powiedział nam, jak się mamy przygotować. Klucząc uliczkami, udało się trafić na targ. Dziesiątki kramików, w jednej części jedzenie, w drugiej ubrania i różne rękodzieła. Nie zastanawiając się długo, od razu poszliśmy do części z jedzeniem!

DSC_0030

Efekt nieziemski – żar buchający z palenisk, grillów, rożen, blach, mieszający się pełen bukiet zapachów: słodkie, gorzkie, kwaśne, mniej lub bardziej intensywne. I oczywiście, efekty wizualne: setki potraw i każda bardziej egzotyczna, przygotowywane na miejscu, bardzo efektownie. I rewelacyjne ceny! To czas zaszaleć i spróbować wszystkiego. Tego wieczoru spróbowałem m.in.: sushi, krewetki, duriana, świeże mango, kalmary, ośmiornicę, kokos, dziwną rybę, ptaka i grzybki – niektóre smaki wcześniej w ogóle mi nieznane. Kuchnia tajska jest pikantna (prawie do wszystkiego dodaje się chilli), zawiera dużo intensywnych aromatów, owoców, warzyw, mnó- stwo owoców morza. Bardzo słodka lub słodko-kwaśna. Ale smaczna!

Chiang Mai Trekking

Pobudka o 6.00 rano, szybkie przepakowanie się, zbiórka. Po 7.30 zapakowaliśmy się do samochodu naszego przewodnika Charana. Samochodzik terenowy z krytą paką – wszyscy do środka i nie zwlekając, ruszyliśmy! Znowu zderzenie z ruchem drogowym – szaleńcza jazda do miejscowego marketu, takiego bardziej już lokalnego i autentycznego. Potem aż do miejsca, gdzie zaczynaliśmy trekking. Przy wysiadaniu spotkali- śmy też małego chłopca Ep Ema – daliśmy mu drobny upominek. Jakie tutejsze dzieci są autentycznie wdzięczne! Cieszył się strasznie i chociaż był bardzo nieśmiały, udało się nam namówić go do zrobienia sobie wspólnego zdjęcia.

DSC_0175

Ruszyliśmy! Najpierw szliśmy drogą, potem zeszliśmy na mniej uczęszczaną ścieżkę. Ku naszemu niedowierzaniu, weszliśmy do dżungli. Przewodnik torował nam drogę maczetą, my szliśmy za nim. Zdarzało mi się iść przez las tropikalny w Indonezji, dżunglę i pampas w Amazonii, ale w żadnym z tych miejsc nie było takiej gęstwiny jak tutaj! Szliśmy coraz bardziej pod górę, ścieżka śliska, co chwilę trzeba się było schylać pod ga- łęziami i drzewami, więc była to dość męcząca przeprawa. Po drodze Charan cały czas nas w jakiś sposób zabawiał, a to pokazując nam miejsce, gdzie się mogliśmy pobujać na lianie, a to robiąc nam strzelbę na kulki, czy puszczając bańki mydlane z łodygi. Taki „tajski Bear Grylls”.

DSC_0423

Sporym zdziwieniem też były „crickets”, czyli różnego rodzaju świerszcze, które wydawały bardzo różne dźwięki, wydające się strasznie nienaturalne. Odgłosy takie, jakby ktoś wiercił, jakby pracował jakiś agregat, jakby coś gdzieś głośno piszczało. Aż się nie chciało wierzyć! Dotarliśmy do pierwszej wioski. Dość surowe warunki: drewniane domki, praktycznie każda deska innego kształu i długości, przestrzenie między deskami, więc w czasie ulewy woda na pewno wlewa się do środka. Zwierzęta: świnie, psy, kury, krowy chodzące po całym terenie, łóżka to kawałek dywanu położony na drewnianej podłodze. Ale szokiem był widok paneli słonecznych! Kolejny już raz zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony otwartością i przyjaznym podejściem Tajlandczyków. Nie ma żadnej zawiści, negatywnych emocji, wszyscy cały czas uśmiechnięci, pomocni – w przeciwieństwie do wielu typowo turystycznych krajów, szczególnie w północnej Afryce. No i nie zauważyliśmy żadnego cwaniactwa czy nachalności.

Droga do naszej bambusowej tratwy była bardzo intensywna. Tratwa była zrobiona z kilkunastu kilkumetrowych łodyg bambusa powiązanych ze sobą, o szerokości łącznie nieco ponad metr. Nie wyglądała stabilnie, ale… klimatycznie. W momencie, gdy wypływali- śmy było już całkiem ciemno, nie było zupełnie nic widać. Przewodnik i jego pomocnik, który dołączył do nas przy tratwie mieli tylko latarki czołowe i to było praktycznie nasze jedyne źródło światła. My, wartka rzeka i wszechobecna dżungla dookoła. I całkowita ciemność. Nieziemskie odczucia! Płynęliśmy ok. pół godziny, w końcu dopłynęliśmy do wioski i dotarliśmy do naszej chatki. Zmęczeni, szczególnie kiedy dowiedzieliśmy się, że przeszliśmy ok. 13-14 kilometrów. Poszliśmy do kuchni oglądać przygotowania do wieczornej uczty. A było co oglądać! Wszystko przygotowywane od początku, wszystko naturalne, miejscowe składniki. Świeże i aromatyczne, przygotowywane na palenisku. Potem pora snu. Wspólny pokój, kilka materaców na podłodze z moskiterami i kocami do przykrycia Rano śniadanie, kolejna tradycyjna potrawa – sticky mango. Jak to u Charana – pychota! Potem owoc na deser, pakowanie i ruszyliśmy dalej, z powrotem w kierunku naszej tratwy. Tym razem spływ w dzień, ale nurt rzeki o wiele bardziej rwący. Dopłynęliśmy do jakiejś wioski, jedzenie, przesiadka do samochodu i pojechaliśmy w stronę miejscówki ze słoniami. Po drodze widzieliśmy cał- kiem sporo słoni spacerujących w okolicy ulicy, mnóstwo pól ryżowych i piękną panoramę gór. Na miejscu czekały już na nas słonie – dosiadaliśmy ich po 2 osoby, a najmniejszego – jedna. Zdecydowanie polecam jazdę na słoniu bez siodła – dużo lepsze wrażenia. Po kilkunastominutowej przejażdżce poszliśmy je kąpać. Zwierzęta weszły do rzeki i zaczęły się w niej kłaść. Dostaliśmy wiaderka z płynem i szczotki, zaczęliśmy je myć, a one nas od czasu do czasu chlapały wodą z trąby. Stamtąd pojechaliśmy do Tiger Kingdom, czyli królestwa tygrysów. Na miejscu można było albo przejść się i oglądać tygrysy zza klatek, albo wykupić wejścia do klatek, gdzie można było np. przytulić się do tygrysów. Do wyboru były tygrysy najmniejsze – kilkutygodniowe, małe, średnie i duże. Aż strach było podchodzić: w klatce, do której weszliśmy, były 4 tygrysy. Można się było do nich przytulić, trzymać za ogon – wszystko oczywiście bardzo ostrożnie i z nastawieniem, że zaraz trzeba będzie uciekać. Budzą respekt te kociaki! Ale zdecydowanie warto podejść, szczególnie do tych największych! Na punkcie programu z tygrysami, niestety, zakończył się nasz trekking i przygoda z Charanem – polecam gorąco wszystkim!

Welcome in Bangkok!

Pobudka po poprzednim dniu należała do wymagających – ok. 12.00 wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na lotnisko, w końcu czekał na nas Bangkok! Po przylocie – taksówka i do hotelu. Muszę podkreślić, że tutaj trzeba się targować! Można często uzyskać naprawdę śmiesznie niskie ceny – dlatego zwykle warto brać taksówki lub tuk tuki, czyli motorko-riksze. Przy dużym ruchu dobrą opcją jest też skytrain – BTS. Jest to pociąg, który jedzie po wiadukcie wysoko nad ulicą – jest szybki i względnie tani, jeśli się kupi kartę na większą liczbę przejazdów. Co do taksówek, to zdarzyło nam się wracać z centrum taksówką ok. 40 min, w 7 osób za 200 bahtów, czyli równowartość 20 zł. Z kolei jedna osoba wracała taxi-motorkiem 15-20 min za 10 bahtów, czyli za… złotówkę. Ale trzeba się targować! Hotel po przyjeździe okazał się być w bardzo dobrym standardzie.

WordPress Image Lightbox Plugin